Gothic Roleplay


Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Burt

#1
Nie lubię brzytw. Mam cholerny uraz do brzytw! Pierdolony pijak pociął mi mordę brzytwą, drugi pociął mi brzuch, a trzeci plecy. Kurwie syny rzuciły się na mnie w karczmie podczas pijackiej popijawy. Ich jebanym powodem ataku na mnie było przegrane w złoto w “kto więcej wypije”. Nie jestem pijakiem, ale gdy mogę się nachlać i zarobić to w duszy mi gra. Próbowałem się bronić, ale szmaciarze przykleili się do mnie, jak jebana Nadia z Czerwonej Latarnii. W końcu jakiś ledwo trzeźwi chłopaczek wybiegł z krzykiem z karczmy wołając strażników do środka. Szybko spacyfikowali napastników, a mi kazali spierdalać do domu, tak po prostu, żadnego “Nic Ci nie jest?”. Mieli na mnie totalnie wywalone gacie, w końcu co ich obchodzi jakiś gbur z portu? Chyba tylko jego już martwą matkę, od blisko dwudziestu lat. Pierdolone używki i alkohol sprawiły, że już zapomniałem jak się nazywała i gdzie jest jej grób.

Dni mijały, a ja wegetowałem w ten sam sposób - Karczma, bójki, chlanie i tak w kółko. Od czasu do czasu może jakieś wymachiwanie toporkiem w lesie za kilka groszy. Sam mieszkałem w jakiejś opuszczonej starej chacie rybackiej, było łóżko, krzesło i stolik, zero okien, tylko wejście i od tego momentu ciemność. Było tam kurwa świetnie! Jak ścigał mnie jakiś pijaczyna albo poturbowany finansowo kupiec to chwila moment i chowałem się w środku, nigdy nikomu nie przyszło do głowy, żeby tam wejść. Mimo tego znalazła się pała i wzięła podpaliła, kilka dni później dowiedziałem się, że jeden z trzech napastników, którzy mnie napadli wymknął się straży. Stwierdziłem, że kutasowi nie podaruje i dopadnę go ja albo strażnicy. Rozpocząłem przygotowania wraz z poszukiwaniami, ukradłem drwalowi jedno z wielu narzędzi do ścinania drzew, wypytywałem ludzi w karczmach czy widzieli tego pachoła, gdzie on jest i takie tam. Większość tradycyjnie: “Nie widziałem, “Za darmo Ci nic nie powiem”, no kurwa typowi mieszkańcy Khorinis, też nie miałem dobrej opinii wśród nich, ale to tam pół biedy.

W końcu udało mi się wpaść na trop przygłupa podpalacza, nadałem mu przezwisko brzytwa, bo wciąż nie zapomniałem o pamiętnym dniu, jak mi ciął mordę. Jakiś kupiec, który podróżował na linii miasto-farmy powiedział mi, że widział człowieka podobnego z opisu jaki mu dałem. Udałem się więc do farmy niejakiego Onara. Miałem wrażenie, że zbierają się tam wszyscy ludzie, którzy mają na bakier z prawem, parszywe mordy, tatuaże, blizny, opaski na oczach. Sam się zbytnio nie wyróżniałem z tłumu, nie wzięli mnie za jakiegoś mieszczanina, powiedziałbym nawet, że dla nich wyglądałem jak “swój”. Stałem tak po środku farmy pomiędzy stajnią, a kuźnią. Próbowałem wypatrzeć wśród innych osób brzytwę. Nawet nie wiecie jak spoważniałem kiedy ten przygłup wyszedł z okolicznego klozetu i poszedł w stronę stajni, autentycznie przeszedł obok mnie i nawet mnie nie rozpoznał! Kiedy wlazł do środka powolnym krokiem poszedłem za nim, podrzuciłem kilka razy siekierą do góry, niektórzy już wiedzieli co się święci. Po krótkich odgłosach walki wyszedłem z stajni, ubabrany krwią i zlany potem. Wszystkie parszywe mordy stały przede mną i gapiły się na mnie. Myślałem, że czeka mnie szybka i sprawna mogiła. Sekundy mijały jak minuty, a minuty jak godziny. Wszyscy trzymali wzrok na mnie, w końcu jakiś dwóch osiłków wlazło do środka, tak po prostu. Wynieśli zwłoki brzytwy i zaciągnęli gdzieś za farmę. Po chwili podszedł do mnie jakiś dziadek i zapytał czy pójdę z nim do karczmy.

Przegadałem kilka godzin z dziadem. Opowiedziałem mu czemu to zrobiłem i takie tam. Wspólnie zgodziliśmy się, że nie mam po co wracać do miasta. Zaproponował mi, żebym zaznajomił się z jego ludźmi, większość z nich to byli ludzie, którym się nie powiodło albo narobili syfu w mieście. Po jakimś czasie działania z nimi zorientowałem się, że jesteśmy bandą zwykłych bandytów. Napadanie na kupców z miasta, czy nawet nowicjuszy stawało się dla mnie normą. Sam rzadko angażowałem się w napady, stałem z boku. W końcu doszło do tego, że lider grupy się przekręcił, albo ktoś go przekręcił. Tak czy siak gość wykitował, a my rozsypaliśmy się na drobne kawałki. Minęło kilka tygodni, a wielu z moich byłych towarzyszy zostało powybijanych lub wtrąconych do kolonii. W końcu nawet ja zostałem sam, wiele lat swojego życia spędziłem samemu, więc nie czułem się z tym źle. Nadal ukrywałem się poza miastem, z jedzeniem nie było problemu. Wiele osób składało dary przy posągach Innosa, złoto, jedzenie.

Jednak po czasie odezwały się demony przeszłości. Siedziałem w karczmie, aż tu nagle do środka wparowało dwóch skurwysyńsko wielkich chłopów, przycisneli mnie do lady, zapytali czy ich pamiętam. Głosu nie rozpoznałem, ale gdy dostrzegłem jednego z nich to już wiedziałem z kim mam przyjemność. Zaśmiali się i puścili mnie. Powiedzieli, że kilka dawnych znajomych organizuje napad na kupców, którzy przebywają w okolicach farmy Bengara.. Zgodziłem się, skoro miał być to zwykły napad na kupców to raczej nic nie mogło mi się stać. Zebraliśmy się wszyscy w okół zgaszonego ogniska, rozpoznałem kilka twarzy, zobaczyłem też kilka nowych. Było już ciemno więc chłopaki stwierdzili, że to będzie świetna pora na atak, rozstawili dwóch łuczników gdzieś w krzakach, którzy mieli zdjąć paru gości. Odkąd zobaczyłem karawan coś mi nie pasowało, w ciemności nie widziałem za dobrze, ale za to dostrzegłem dużo sylwetek, bardzo dużo. Zwykli kupcy raczej nie podróżowali w takich grupach. Guziec - tak mówiliśmy na pomysłodawcę całego napadu dał znak do ataku łuczników, zdjęli dwóch gości i wtedy się zaczęło. Wybiegliśmy z krzaków i wparowaliśmy wprost na nich, skurwysyny zaczęły się bronić i zanim się obejrzałem położyli kilku naszych ludzi, ja sam złożyłem w pół jednego gagatka, jednak chwile potem ktoś mi nieźle przywalił w łeb.

Obudziłem się wśród martwych bandytów, jeden z strażników zauważył, że żyje. Usłyszałem od niego słowa pokroju, że mam ostro przejebane czy coś w ten deseń. Podnieśli mnie i sprzedali parę ciosów w pysk. Okazało się, że w nocy napadliśmy na jebany karawan z złożem rudy! Zaatakowaliśmy członków wojska Króla. Zobaczyli, że mam na piersi wytatuowany znak Królestwa Myrtany, trochę zjebany, ale jednak był. Zapytali czy jestem dezerterem, czy tylko walniętym w głowę patriotą. Faktycznie kilka lat temu byłem w wojsku, jednak wolałem stwierdzenie walniętego w głowę patrioty. Nic to jednak nie dało, sędzia ogłosił mnie zbiegłym żołnierzem sił Króla Rhobara II oraz bandytą. Niby wiedziałem, że lada moment wpierdolą mnie zza barierę, ale nie przyjmowałem tego zbytnio do siebie, po prostu o tym nie myślałem, nawet w trakcie podróży przysnąłem. Obudzili mnie i zaprowadzili na jakąś platformę, która po chwili zjechała w dół. Odnosiłem trochę wrażenie, że moje życie się kończy. Zacząłem wspominać niektóre chwile z swojego życia. Miałem na swoim sumieniu kilka zabójstw, napadów oraz innych wykroczeń. Zdarzało się nawet posłać kogoś do piachu za mieszek ze złotem. Kiedy platforma się zatrzymała zdałem sobie sprawę, że ta parszywa karma jednak istnieje i teraz płacę za to co zrobiłem. Tak mi się wydawało do momentu, w którym poznałem Liama i resztę gagadków. Teraz siedzę sobie w zajebistej karczmie razem z Andersem oraz Duncanem i popijam ryżówkę na ich koszt, też od czasu do czasu obijam komuś pysk. Myślałem, że będzie chujowo a jest w pytę… kurwa… jest w pytę.






Odpowiedz

#2
Odpowiedz



Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

Forum software by © MyBB 1.8.20 Theme © iAndrew 2016