Gothic Roleplay


Ocena wątku:
  • 2 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dieter

#1
Dieter jako młody człowiek był niczym w czepku urodzony, kochający dom na wsi z wymagającym aczkolwiek kochającym ojcem, który przyłożył wszelkich starań, aby nauczyć swoją latorośl swego cechu, zielarstwa i alchemii. Ojciec Dietera - Hans był starszym wioski i miejscowym znachorem uwielbianym przez ludność, dzięki jego umiejętnościom i opiece zdrowotnej nie tylko nad mieszkańcami, ale również lokalnym bydłem. Czasy niestety się zmieniają, wraz z czasami również i ludzie. Wielka rządza zwycięstwa aktualnego króla Rhobara zdecydowała wpłynąć na ludność wiejską konfiskując i przejmując dobra już dawno ubogich rolników. Brak dostępnych leków i zwiększone podatki spowodowały, że nawet poczciwy Hans nie prowadził już swojego sielankowatego życia wśród gminu. Choroby i brak pieniędzy na sprowadzenie lekarza z miasta przyczyniły się do śmierci ojca Dietera, który wyprowadził się z wioski wraz z matką do miasta, aby zacząć nowy żywot w być może bardziej sprzyjających warunkach. 

Dieter wraz z matką zamieszkali w starej rudzerze wynajmując ją od starszej kobiety z portu, szybko zaś rozniosła się wieść o nijakim alchemiku zwanym również szarlatanem, który pomimo mieszkania w dzielnicy pełnej łajdaków, szczurów i kanali, chodził całkiem dobrze ubrany, ogolony. Wzbudziło to zaniepokojenie lokalnych władz miejskich, lecz oddalono jakiekolwiek pochopne działania ze wzgledu na brak wystarczających dowodów na ewentualne zbrodnie. 
Dieter będąc rozchwytywany w środowiskach mieszczańskich jako utalentowany medyk oraz zielarz zaczął coraz bardziej zbliżać się do wyższych kręgów społecznych. Będąc zaproszony do mieszczanina, aby zaradzić w chorobie jego żony przybyła piękna szlachcianka imieniem Elizabet, która zainteresowała młodego cyrulika, najwidoczniej z odwzajemnieniem, mimo różnicy stanów coś między nimi zaiskrzyło przeradzając się w pikantny, lecz zakazany związek. Dieter zostawał coraz częściej wzywany do górnego miasta przez swoją wybrankę co zwróciło uwage strażników. 

Pewnego letniego poranka Cyrulik usłyszał głośne walenie do jego drzwi, nie wiedział co myśleć, czy ktoś umiera? Czy mam komuś pomóc? Gdy przesunął zasuwę od drzwi zobaczył trójkę barczystych strażników miejskich, którzy bez skrupułów wyrzucili chłopaka o rachitycznej budowie ciała z jego mieszkania i związała prowadząc do miejskiego lochu, zdezorientowany młodziak próbował zrozumieć co zaszło i dlaczego jest zatrzymany. Chodziło o morderstwo, nie zwykłe, lecz truciznę, która zabiła samą Lady Elizabet, mimo, że Dieter tego nie zrobił dowody były jednoznaczne. Kto mógł to zrobić? Wszyscy założyli winę alchemika pochodzącego z plebsu, który od jakiegoś czasu kręcił się nie tam gdzie powinien. Nadszedł dzień sądu, zaprowadzony pod szafot Dieter przyklęknął lekko pod katowskim toporkiem, aż nagle usłyszeć można było krzyki Herolda. "Zostawić go! Pakować w kajdany! Król chce takich do roboty, a nie do ścięcia!" Alchemik nie wiedział co myśleć, czy zdarzyła mu się Boska opatrzność Adanosa, czy zesłanie na katorgę bez powrotu to tylko jeden z głupich figli Beliara, niestety czy tego chciał czy nie został zesłany do Górniczej Doliny.

Początki nie były łatwe, każdy nowy był jedynie pustym łbem i parą łap do pracy, aż do pamiętnego dnia kiedy nastąpił przewrót w kolonii a władzę przejęli tak zwani "Magnaci". Dieter nie miał zamiaru siedzieć w tyranii i wyniósł się czym prędzej do bandy buntowników i trzymając się z boku uchował się w Nowym Obozie, żyjąc na uboczu prowadzi swoja chatę alchemika, gdzie studiuję księgi, pomaga rannym podczas polowań myśliwym czy wyrabia leki na rozwolnienie dla ciężko pracujących kopaczy...



OOC: Wstawiam to po chuju tylko po to, żeby nakreślić moją postać a nie wygrywać konkursy, elo.
Odpowiedz

#2
"Drogi dzienniku, postanowiłem do ciebie wrócić po dłuższym czasie rozłąki ze względu na ostatnio mocno ciekawe sytuację w życiu i moje osobiste przemyślenia. Bo czym byłby człowiek gdyby nie zostawił po sobie jakiejś pamiątki czyż nie? Nie licząc na wyjście z tej beznadziejnej sytuacji jaką jest bariera nie mogę nawet liczyć na potomstwo, które zachowa pamięć po mnie i będzie kultywować wielkie idee, które chciałem niczym listy gończe wszędzie propagować. Niestety ostatni mój dziennik ucierpiał dwa lata temu, gdy Magnaci postanowili przypuścić atak na naszą kopalnie, wtedy jeszcze mieszkałem nieopodal i niestety mój drogi dzienniku, a raczej twój starszy bracie zaginąłeś doszczętnie w odmętach bitewnego pyłu.

Przejdźmy jednak do rzeczy, zacznę od tych dziwnych osób wyznawców tego pomiotu Beliara nijakiego Bractwa, przez dłuższy czas nie wchodziłem z nimi w pogaduchy przez ich odmienność, ale ostatnio nawet się trochę do nich przekonałem jeden z nich... nie pamiętam jego imienia okazał się być bardzo miłym i oczytanym człowiekiem, lecz wierzącym w dziwne gusła niepodobne do niczego, mimo wszystko mówił o swojej ciekawiej bibliotece, która z chęcią będę chciał odwiedzić, mówił nawet, że napisał parę własnych utworów, których jestem niezmiernie ciekaw i nie omieszkam po przeczytaniu pewnie skomplementować autora ów tekstów. Tego dnia spotkało mnie jeszcze parę nieprzyjemnych zdarzeń podczas, gdy zbierałem zioła, ale nie będę wylewać potu i łez mojej żmudnej rutyny na czysty papier tego dziennika. 

To ci dopiero afera, po strasznej gorączce spowodowanej pewnie od jednej z bestii które mnie ostatnio próbowała capnąć, obudzony zostałem dziwnym dźwiękiem gawiedzi, zobaczyłem przed uzdrowiskiem Orwella bandę Liama, to poczciwe chłopaki, ale nie wiem czy bezpieczniejsze z nich towarzystwo od wilków morskich, ale to nie o tym tutaj mowa. Podobno chodziło o jakiś spór, że ktoś okradł kopacza, wszyscy mówili, iż zrobił to Douglas, co jest mądrze postawioną hipotezą, ale czy prawdziwą? Cała gawiedź zaczęła coraz bardziej unosić się i skakać prawie sobie do gardeł, aż postanowiłem wkroczyć, lekko obolały i nie w temacie, ale wszedłem między bandy i niczym sprawiedliwy Adanos próbowałem zatrzymać rozlewy krwi. Dzięki Bogom przyszedł jakiś posłaniec Laresa i nawet sam Lares rozwiązać konflikt między interesantami, co z tego wynikło? Nie mam zielonego pojęcia! Jednak muszę dalej uważać, wydaje mi się, że obie grupy będą chciały zrobić jatkę. 

Udałem się do nijakiego Trenona, trochę przeszkodziłem im w rozmowach, ale opowiedziałem o całym zajściu, mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumieli. Czy pokój wśród szkodników to wysoka cena? Mam nadzieję, że nie. Starałem się wytłumaczyć Trenonowi, aby nie ingerował w konflikt i zachował neutralność dla dobra całej społeczności, czy go przekonałem? To dopiero wykaże przyszłość..."
Odpowiedz

#3
Dobre, czekam na więcej.
[Obrazek: VoOtmYh.png]
Odpowiedz

#4
*Potężny murzyn zwany Hugo wzruszył się na wieść o takich pięknych dokonaniach*
Odpowiedz

#5
"Dzienniku, przeleje teraz do ciebie wieści o moich towarzyszach, w końcu jeśli polegną w boju ich pamięć zaniknie w tym brutalnym świecie. Zacznę od najbliższego mi Hugo, potężny z niego mężczyzna, to trzeba przyznać. Myślę, że mierzy coś ponad trzech i pół łokcia. Ten ciemnej karnacji wielkolud mimo posiadania swoich wielkich łap i na pierwszy rzut oka pustego łba genialnie zbiera zioła łapiąc je niczym gęsie pióra w poduszce głowę pięknej niewiasty, mimo, że wydaje się być kompletnym bezmózgim osiłkiem można u niego zauważyć po dłuższym czasie obserwacji przebłyski genialnego mędrca, to ci dopiero ciekawe. Raz nawet, gdy czytałem książkę o naturze i pochodzeniu magii próbowałem z nim debatować na ten temat, z początku miał małe problemy w zrozumieniu tematu, lecz gdy zapytałem się go o sentencje, której nawet mój otwarty i oczytany umysł nie mógł zrozumieć, on odpowiedział mi w sposób prosty, lecz niezwykle trafny. Jak taki człowiek, zwykły parobek mógł posiąść kiedykolwiek taką wiedzę. Czasami, gdy wariuje z samotności lub smutku za wolnością miewam wrażenie, że ten człowiek ten zwykły pół główek obdarzony został przez Bogów wielką inteligencją, która wykracza poza zrozumienie, albo ją bardzo dobrze ukrywa, albo nie potrafi jej wydobyć...


Douglas, Douglas, ten stary wilk morski mocno stąpa po ziemi, aż za mocno, gdyż pod krokami takiego kolosa najczęściej pęka podłoga, nie znam go zbyt dobrze i staram się nie poznawać, to specyficzny człowiek. Dodatkowo jest cholernym kryminalistą, który nawet tutaj w kolonii karnej dalej chciałby taplać się w krwi swoich pobratymców, muszę mieć na niego oko... 

Ten człowiek którego tutaj opiszę w samych superlatywach to oczywiście Andrew, mimo, że trudnił się fachem zwykłego bandziora wydaje się być opanowany i bardzo mocno potrafi przemyśleć każdy swój ruch i nie tylko. Znajomość z nim zapewniła mi bezpieczeństwo w kolonii i dobrego kompana do różnych rozmów. Widać wydobywająca się z niego prostotę, ale to już cała specyfikacja ludności obozu, bandy łachmytów...

Genialny Cyrulik, człowiek pióra i papieru oraz mężczyzna o nieprzeciętnym charcie ducha - Orwell, bo tak się zwie to najbardziej kompetentny ze wszystkich w tych kolonii (nie licząc wysłanników Adanosa rzecz jasna). Mistrz w swoich fachu i rzeczywiście jak ludność mawia wirtuoz bandaża i różnego rodzaju smarowidła, nie jest to człowiek, który nie pomoże w potrzebie, takich właśnie potrzebuje..."
Odpowiedz



Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

Forum software by © MyBB 1.8.20 Theme © iAndrew 2016